14.08 2007 godz. 10.15
Jesteśmy w Lourdes. Z Pau to tylko około 30 kilometrów. Udało nam się szczęśliwym trafem znaleźć miejsce do parkowania. Jak na miasto, ściągające co rok wiele milionów turystów, parkingów jest tu zadziwiająco mało. Ten przy dworcu autobusowym, który miał być największy, zapchany jest całkowicie, a jego pojemność to zaledwie około 200 miejsc. Przy dworcu kolejowym też wszystko zajęte, a miejsc jeszcze mniej. Samochody parkujące na ulicach stoją zderzak w zderzak. Wykorzystujemy więc wąską lukę między dwoma osobówkami i trochę na siłę (trzecie auto na dwa miejsca) ustawiamy się niedaleko dworca. Najpierw ruszamy na poszukiwanie office de tourisme. Biuro nas nie zawodzi, już po chwili zaopatrzeni jesteśmy w mapkę, zostaliśmy poinstruowani, co warto w Lourdes zobaczyć, wyposażono nas w rozkład mszy w sanktuarium (wydane w języku polskim) i możemy zacząć zwiedzanie.
Miasteczko nie jest duże, więc szybko znajdujemy ulicę prowadzącą do mostu św. Michała, który oddziela centrum miasta od centrum religijnego. Ulica ta pokazuje, jak miasto żyje turystyką pielgrzymkową. Na całej jej długości, po obu stronach, miejsce przy miejscu, otwarte są sklepy wyłącznie z dewocjonaliami. Podstawowy produkt to najróżniejsze naczynia na wodę z cudownego źródła. Na półkach poustawiane szklane flaszki różnej wielkości i kształtu, w koszach setkami leżą plastikowe madonny-butelki z nakrętką w kształcie korony, są pięciocentymetrowe, ale i takie po trzydzieści centymetrów. Na ziemi plastikowe karnistry z nadrukiem wizerunku świętej Bernadetty, Madonny lub sanktuarium. Pojemność od 1,5 do 20 litrów. Oprócz tego dziesiątki, setki i tysiące różnych figurek, medalików , różańców, łańcuszków, obrazków, breloków, koszulek, portfeli, długopisów, plakatów, książek, książeczek, kalendarzy, obrazów, toreb i innych przedmiotów. Są nawet obrazki trójwymiarowe, patrząc z lewej Pan Jezus, patrząc z prawej Maria. Wszystko razem to prawdziwy "supermarket religijny".
W sanktuarium handlu już nie ma, działa tylko kilka punktów księgarskich. Za bramą droga wiedzie w kierunku stojącej na skale świątyni. W porównaniu do polskiego Lichenia, budowla jest niewielka, neogotycka, zgrabna z wysoką wieżą. Pod nią niżej kaplica. Msza w kaplicy gromadzi stosunkowo niewiele ludzi, są nawet jeszcze wolne miejsca. Emilka wysypia się w czasie nabożeństwa. Ofiara, inaczej niż w Polsce, zbierana jest do krążących wśród wiernych, podawanych z rąk do rąk, dzbanów.
Wodę z cudownego źródła nabrać można z kranów po prawej stronie u podnóża skały. Kolejka, mimo że długa, posuwa się bardzo szybko. Wodę nabiera się zarówno do zakupionych karnistrów i do buteleczek, jak i do 1,5 litrowych butelek po Coca-coli. Właśnie mija nas rodzina. On niesie dwa duże karnistry (na oko jakieś 15 litrów każdy) i jeszcze jakieś mniejsze w plecaku. Ona ma siatki z butelkami, co najmniej cztery półtoralitrowe flaszki. Dwójka dzieci niesie po butelce. Są też trzy wielkie Murzynki we wzorzystych chałatach. Po bliższym przyjrzeniu się widać, że wzór na nich tworzą postacie Matki Boskiej.
Zaraz za kranami zaczyna się kolejka pragnących odwiedzić grotę, miejsce objawień. Ogonek prawie się nie przesuwa. Jednomyślnie rezygnujemy ze stania. Chcemy tylko zobaczyć grotę możliwie z bliska. Grota to tak naprawdę obszerna wnęka w skale. Porządek i spokój zwiedzających zapewniają rozstawione barierki, zza których, z pewnej odległości cudowne miejsce oglądać mogą ci, którzy podarowali sobie czekanie. Kiedy podchodzimy, żeby spojrzeć choć z daleka, pan z obsługi odsuwa barierkę i zaprasza "Państwo z wózkiem", czyli nas. A więc będziemy w grocie, zaoszczędzając spokojnie dwie godziny stania . Skała jest wypolerowana na gładko przez przesuwające się ręce pielgrzymów. źródło bijące w grocie przesłania gruba szklana tafla.
Zaraz za grotą znajduje się miejsce palenia świec. Każda paląca się świeca przedłuża modlitwę pielgrzyma, można się w nie zaopatrzyć na miejscu. Stoi tu kilka wózków wypełnionych świecami różnej długości i średnicy. Można je zabrać po wrzuceniu ofiary, po czym ustawia się je w specjalnych budkach. Stojaki do świec gromadzą również stopioną stearynę. Specjalnie wyznaczony pracownik odpowiada za zbieranie stopionych pozostałości. Palących się świec są tysiące. Niektórzy przywożą je ze sobą. Widzimy takie bogato zdobione, tak grube, że dwiema dłońmi nie dałoby się ich objąć i wysokie na około dwa metry.
Spacer po sanktuarium kończymy odwiedzając podziemny kościół. Na powierzchni jest tylko trawnik i dwa niknące w ziemi wjazdy, pod ziemią natomiast wysoko sklepiona przestrzeń o kształcie śliwkowej pestki, wsparta na całej długości przez ukośne filary. Nawę charakteryzuje doskonała akustyka, Emilka pokrzykuje, słuchając echa. To doświadczenie prowadzi przez cały czas naszego pobytu w tym miejscu.
W Lourdes odwiedzamy jeszcze młyn, w którym na świat przyszła św. Bernadetta. Odnowiony budynek schowany jest na tyłach nieciekawej uliczki.
Z Lourdes jedziemy do Tarbes. W rodzinnym mieście marszałka Focha czeka nas uzupełnienie zapasów i nocleg.
Oprócz jedzenia udaje nam się kupić specjalną patelnię do crepes, dres z Noodym dla Emilki i dwie lalki Barbie, na które naciągnęła nas Emilka (miała wybrać sobie jedną, ale kto jest na tyle twardy, żeby nie kupić dziecku lalek, które kurczowo trzyma i przemawia do nich?).
Na dzisiaj trasa bardzo ambitna: Tarbes - Tuluza - Millau - Clermont-Ferrand razem ponad 650 kilometrów. Zależy nam zwłaszcza na przejażdżce przez wiadukt w Millau.
Przed nami widać już wiadukt. Nowoczesna, delikatna konstrukcja przerzucona nad doliną rzeki Tarn, to najwyższa tego typu konstrukcja na świecie. Ta 2,5 kilometrowa, czteropasmowa przeprawa wznosi się 245 metrów nad dnem doliny. Wiadukt wsparty jest na siedmiu tylko smukłych podporach, z których najwyższa ma 341 metrów i sprawia wrażenie, jakby zbudowany był z nici pajęczych. Budowa trwała zaledwie 3 lata. Zdarza się, że czasami znika w chmurach.
W Millau początkowo obchodzimy rynek i starą część miasta. Dopóki nie powstał wiadukt, miasto słynęło z 40 m wieży kościelnej. Wysokości wieży nie czuje, się stojąc koło niej, bo obstawiona jest innymi budynkami, ale później, kiedy widzimy ją na tle panoramy Millau, prezentuje się naprawdę okazale. Zaliczmy też ostatnie w tej wyprawie crepes.
Pomału zbliżamy się autostradą A75 do wiaduktu. Od kilku kilometrów pojawiają się tablice informacyjne. Wiadukt wyłania się zza zakrętu. Jezdnia jest szeroka, dodatkowo pobocze i bariery, nie czuje się więc wysokości, ale wrażenie jest niezapomniane. Imponuje mi delikatność i oszczędność konstrukcji. Na drugim jego końcu można zjechać na parking gdzie przygotowano punkty widokowe i muzeum jego budowy.
A75 aż do Clermont-Ferrand jest bezpłatna, zasuwamy więc nie oszczędzając auta. Zatrzymujemy się w naszej ostatniej Formule1. Na koniec trafiła nam się zdecydowanie najczystszy pokój.
Plan był taki, ze wstajemy wcześnie, żeby do Brukseli dojechać po południu. Wszystko w zasadzie się udało, tylko Emilka, która z założenia miała spać w aucie, jakoś nie chce dostosować się do planu. Pogoda jest fatalna, leje deszcz, chmury i ogólnie ponuro. Jedziemy drogami krajowymi, ruch na szczęście n iewielki. Mijamy ciężarówkę z Polski, pozdrawiamy ją światłami awaryjnymi.
Minęliśmy Dijon - miasto musztardy. Jesteśmy już po śniadaniu i po tankowaniu oraz po trzech seansach Teletubisi. Pogoda się poprawiła, ruch na drogach się zwiększył i nasze tempo spadło. Decydujemy więc, że na autostradę zjedziemy już teraz a nie dopiero w Nancy.
Nancy już za nami, wybór autostrady zdecydowanie przyspieszył naszą podróż. Tablice nad jezdnią informują nas, że zbliżamy się już do Luksemburgu.
SMS:
Era: Witamy w sieci VOX.LU
SMS:
Era: Welcome to LUXGSM
SMS:
Era: Witamy w sieci Tango
SMS:
Era: Witamy w sieci P&T
Zasypywani jesteśmy sms-ami od kolejnych lokalnych operatorów. W najmniejszym kraju otrzymujemy największą liczbę roamingowych zgłoszeń.
Ledwo dostaliśmy te sms-y, już trzeba hamować, bo wjeżdżamy do stolicy. Poszukiwanie parkingu trochę trwa, objeżdżamy kilka ulic (później okazuje się, że objechaliśmy całe centrum). Pierwsze kroki oczywiście do office de tourisme, gdzie dostajemy mapkę, z zaznaczoną trasą zwiedzania. Luksemburg to trochę dziura. Plac, pałac, pomnik, rynek, kilka uliczek i można jechać dalej. Zaraz za miastem zjazd z autostrady, jeszcze tylko tankowanie, bo tu taniej, mijamy patrol policji z "suszarką" schowany za latarnią i już jest zjazd na autostradę w kierunku Brukseli.
Momentalnie telefon melduje że:
SMS:
Era: Witamy w sieci Mobistar.
Jadąc przez Luksemburg, naprawdę trzeba uważać, żeby się nie zagadać, bo można go przeoczyć.
Belgijska autostrada - szeroka i wygodna ale strasznie zapchana. W dodatku na odcinku dobrych trzydziestu kilometrów leje tak, że nie widać nic przed maską, więc uwaga bardzo napięta. W odróżnieniu od Hiszpanii jest tu soczyście zielono i wreszcie widać jakieś lasy.
Do Brukseli docieramy zgodnie z planem. Bez problemu trafiamy do Woluwe-Saint-Lambert, odnajdujemy Woluwe Shopping Center, skąd droga jest już prosta i 10 minut później stajemy przed domem cioci Gosi.
W Brukseli odpoczywamy dwa dni, korzystając z gościny u rodziny. Emilka bierze w obroty swojego wujka Timka, który cierpliwie się nią zajmuje. Wujek spokoju nie ma ani przez chwilę, bo nasza maluda cały czas chce mu asystować i stara się go naśladować.
Największym wydarzeniem jest mały Noa. Jak na dwutygodniowe dziecko spory z niego chłopaczek. Bardzo jest zadowolony z siebie i z życia, leży cicho, prawie go nie słychać. Cindy i jego babcia dogadzają mu bez przerwy. Apetyt ma jak smok, słowem dziecko - marzenie. Daje się zauważyć podobieństwo do Patryka, ojca Cindy, "chytre oczka Lambertów", jak mówi Gośka i charakterystyczny podbródek.
W Brukseli odwiedzamy też stare kąty, Chaussée de Louvain, dawny Landis&Gyr, Delhaize, GB i Corę.
Droga powrotna jak zawsze mija najszybciej. Teraz pokonujemy autobahnę w drugą stronę. Do granicy docieramy po 8,5 godzinach jazdy. Z obawy przed zatorem w świecku decydujemy się na przejście w Słubicach. Na granicy dwóch znudzonych pograniczników, polski i niemiecki. Nawet nie sprawdzają paszportów, tylko puszczają nas machnięciem ręki.
Tankujemy na jedynej chyba w Polsce stacji Aral i w 15 minut później jesteśmy już na "starej dwójce". Oczywiście, jeśli ma się coś zdarzyć, to zawsze na sam koniec. Trafiamy na korek, który powstał za wolno sunącymi trzema ciężarówkami. Wiozą jakieś potężne elementy wystające poza platformę z pewnością po dwa metry z każdej strony. Pilotuje je policja, która ruch z naprzeciwka zatrzymuje i kieruje na pobocze, żeby zrobić miejsce. Specjalne brygady drogowców zdemontowały w miasteczkach wszystkie znaki drogowe i oznaczenia poustawiane na wysepkach i przy jezdni. Widzimy, jak montują je z powrotem po przejechaniu konwoju. Wleczemy się jako pierwsze auto za pilotem zamykającym kolumnę. Prędkość 20/30 km na godzinę. I tak aż za świebodzin. Tam konwój zatrzymuje się w głębokiej zatoce, żeby udrożnić trochę ruch. Wcześniej od pilota dowiedzieliśmy się, że jadą z tym towarem aż do Rosji.
Po uwolnieniu się z korka do domu docieramy niemal w oka mgnieniu. Emilka jest już bardzo zmęczona. Na wpół śpiąca trafia do łóżka. Chyba do końca sama nie wie, czy jej się to śni, czy jest już w domu, ale szczęśliwa, choć na wpół przytomna, śmieje się jak mały dzikus.